Moja teściowa, rzekomo tak strasznie cierpiąca z powodu nogi, stała przy ganku i usiłowała kogoś namówić do wejścia do środka. Nie widziałam tej drugiej osoby, nic też nie słyszałam, bo z drogi dzieliła nas zbyt duża odległość. Ale już scena, którą zobaczyłam, wydała mi się wystarczająco dziwna. Trafiłam w końcu do specjalistów przez nią, ale trudność z wolnymi terminami, a teraz pandemia utrudniły mi terapię; jedynie dobre to, że pracujemy teraz osobno – zdalnie, ale żale i złości na mnie i wmawianie mi złośliwości jej nie minęły. A do tego wciąż skarży na mnie do przełożonych robiąc z siebie moją ofiarę… Nie chodzi o emocjonalne przepychanki, ale o Twoje wyraźne „nie zgadzam się”, lub „to nieprawda”. On nadal będzie grać ofiarę i spróbuje kolejnej sztuczki. 2. Gaslighting. Gaslighting to dobry kumpel kłamstwa, ponieważ narcyz często sięga po gaslighting zaraz po tym, jak próbował przekręcać prawdę. Często pomocą nazywa się wyręczanie kogoś z obowiązków i te dwie sprawy musisz nauczyć się rozróżniać. Jeśli ofiara to bliska Ci osoba, z pewnością będziesz jej współczuć, jednak musisz podjąć wyzwanie i oddzielić się od takich uczuć. Próbuj obiektywnie oceniać sytuację - gdy słyszysz narzekanie, nazywaj je w Dziwię się, że teściowa sobie na to pozwala. Teściowa robi za swojego męża dosłownie wszystko. Jeżeli ona nie przygotuje mu kolacji - on pójdzie spać głodny. Nawet herbaty sam sobie nie potrafi zrobić. Moim zdaniem to kalectwo. Przecież, jeżeli ona zachoruje i trafi do szpitala, on nie będzie potrafił niczego wokół siebie Przyjaciółka Forum. Nieaktywny. Zarejestrowany: 2014-12-27. Posty: 4,690. Odp: zaborcza teściowa. Nie radzę zakładać sprawy przeciw teściowej tylko załatwiać spokojnie wszystko. Jest współwłaścicielką, ma prawo wchodzić kiedy chce do tego mieszkania a nawet w nim zamieszkać, ma prawo przesiadywać pod blokiem. Pech, że mamy screeny całego postu z komentarzami. Standardem jest również to, że wpycha ludziom w usta słów, których nie wypowiedzieli, przepisuje im działania, których nie podejmowali. Ot tak, zrobienie z siebie ofiary, by nakręcić temat na kolejne posty oraz filmy nt. rzekomych hejterów i trolli. Miłego czytania. Chce się uczynić sędziów bardziej spolegliwymi władzy, co jest niedopuszczalne w państwie prawa – grzmiała Małgorzata Gersdorf w programie „Kropka nad i”. Pierwsza prezes Sądu Najwyższego narzekała, że jej grupa nie jest nazywana jedynie „kastą sędziowską”. Teraz jesteśmy nazywani postkomunistami, bo hasła o skorumpowanych złodziejach nie chwyciły – powiedziała , a siebie porównał do Rocky’ego. Snuł też rozważania, jak będzie to wyglądało: - Przez ostanie osiem lat nie miałem złudzeń, że w którymś momencie padnie cios, że trzeba być na to przygotowanym. Tłumaczenia w kontekście hasła "siebie ofiarę" z polskiego na angielski od Reverso Context: Nic, zawsze robisz z siebie ofiarę. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate tGbBzG. Syn mieszkał ze mną całe życie. Nie musiał wyprowadzać się do liceum czy na studia, bo dobre szkoły mieliśmy pod nosem. Kilka lat temu zaczął spotykać się z taką Patrycją. Gdy ją poznałam średnio przypadła mi do gustu, ale co zrobić kiedy Mariusz się zakochał. Przychodziła do nas raz na jakiś czas i jakoś to było. Dużo się zmieniło gdy Mariusz się oświadczył. Powiedział, że teraz będę mieszkać razem. Najgorsze jest to, że w moim mieszkaniu… 57-letnia czytelniczka postanowiła podzielić się z nami swoją historią. Narzeka ona nieco na pewne wybory swojego syna i jego narzeczonej oraz chciałaby wiedzieć, jak można lepiej radzić sobie w relacji z synową. Nigdy nie umiałyśmy się dogadać. Patrycja wprowadziła się do mojego mieszkania i żyła w pokoju Mariusza. Mieszkanie i tak chciałam za jakiś czas mu darować, a sama planowałam przeprowadzić się do swojego rodzinnego domu poza miastem, który odziedziczyłam. Jednak jej rządy w mieszkaniu irytowały mnie, dlatego postanowiłam tam zostać. Chciałam, żeby widziała, że jestem ważna dla Mariusza Relacja 57-latki z przyszłą synową nie należała do udanych. Kobiety na każdym kroku potrafiły zwracać sobie uwagę i podkreślać, że to właśnie ona ma rację. Miarka przebrała się po kilku takich sytuacjach i Patrycja postanowiła zadziałać. „Któregoś dnia syn chciał ze mną poważnie porozmawiać. „Poprosił” żebym przyspieszyła moją wyprowadzkę. Było dla mnie jasne, że za wszystkim stała Patrycja! Bezczelnie namówiła Mariusza, żeby wyrzucił mnie z mojego własnego mieszkania. W głowie się nie mieści” Komunikacja w relacji teściowa-synowa Historia tutaj opisana należy do pewnych skrajności. W życiu codziennym jednak nierzadko mogą zdarzać się pewne spory w relacji teściowa-synowa. Jak im zaradzić? Najważniejszym krokiem będzie otwarta komunikacja, a nie porozumiewanie się za pośrednictwem męża/syna. Ułatwi to obu kobietom faktyczne zrozumienie się. Wspólny język Po drugie warto postawić na pewne kompromisy i wyzbyć się dążenia, do bycia ważniejszą kobietą dla męża/syna. Zarówno matka jak i żona powinny być dla niego równocześnie dobre i ważne, jedynie w nieco innych dziedzinach życia. Dodatkowo pomocne może być znalezienie wspólnych zainteresowań. Może to być chociażby wspólne sprzątanie bądź gotowanie. Ważne jednak, aby opierało się ono na współpracy i wzajemnym docenianiu się, a nie na rywalizacji. Sonda Masz dobre relacje ze swoją teściową? M jak Miłość. Andrzej zostawi Magdę dla Julii i dziecka! Kochanka zażąda, żeby nie wracał już do żony A weźcie, czytam wasze komentarze i tylko czuję, jak się we mnie krew gotuje, bo sama jestem w tej samej sytuacji, tylko u mnie upierdliwym typem jest mama. Mamy zupełnie różne charaktery, nigdy nie byłyśmy specjalnie blisko, choć zależy mi na dobrych stosunkach. Termin mam na połowę lipca, więc wymyśliła sobie, że przyjedzie do mnie 4 dni wcześniej, żeby pomóc mi wszystko poogarniać (nie ma co) i że zostanie tydzień po moim powrocie ze szpitala, żeby pomóc mi się zająć dzieckiem i mną. Dla niej to brzmi świetnie, genialny plan, a mnie już skręca, jak o tym pomyślę. Jak wspomniałam, nie jesteśmy specjalnie blisko, więc wietrzenie krocza w jej towarzystwie czy karmienie małej z nią wpatrzoną w to jak w obrazek, będzie mnie drażnić. Do tego dochodzi stres związany z moim psem, bo mama już panikuje i ustala własne zasady, że nie dopuści go do dziecka, bo nie wiadomo, co się może stać - co jest sprzeczne z moim i męża planem, ale ona nie słucha. No i właśnie, ta panika... O ile nie boję się porodu, o tyle jej obecność przed nim mnie przeraża. Bo wiem, że nie zawiezie mnie do szpitala (już się zapowiedziała, że w żadnym razie, bo boi się jeździć po obcych miejscach), więc w razie rozpoczęcia akcji zacznie mi się tu miotać i przeżywać, kiedy ja będę ogarniać sobie podwózkę. No, nie trzeba mi takiego stresu. Tak samo jak zajmowania się dzieckiem ZAMIAST mnie (też jej plan) - a przecież to ja powinnam mieć na głowie przewijanie, przebieranie i całą resztę, mieć czas na zapoznanie się z małą i jej potrzebami. Najchętniej postawiłabym jej twarde warunki (pobyt max 2 dni po porodzie i wyjazd), ale nie mogę, bo stawianie jej granic nie przynosi skutku. Mama najpewniej zmaga się z zaburzeniami typu borderline (to opinia wielu znajomych psychiatrów, ale nie oficjalna, bo ona sama nigdy nie pójdzie się zbadać, bo to wymysły), każdą próbę zwrócenia uwagi na potrzeby innych (w tym np. upragniony spokój po porodzie) traktuje jako ataki na siebie, robi z siebie ofiarę, płacze, ewentualnie obraża się (ale wtedy wydzwania po kilka razy dziennie i wysyła soczyste wiadomości, które mają wpędzić odbiorcę w poczucie winy), albo - wisienka na kremie - zaczyna powtarzać, że wszyscy jej nienawidzą i będzie najlepiej, jeśli zniknie, zabije się, wtedy będziemy mieć od niej upragniony spokój. Jest to o tyle niszczące psychicznie, że już nie raz podejmowała próby przedawkowania leków, ale nie tyle z powodu nieradzenia sobie z życiem, co dramatycznego rozegrania kart. Po wszystkim uwaga była zwrócona na nią, a ona mogła bez problemu trzymać nas w ryzach. I już nie wiem, co robić. Odmówienie jej tego przyjazdu (zwłaszcza, że większość roku pracuje za granicą) będzie odebrane jako atak, odsunięcie jej i skończy się wielotygodniowym stresem, który nie przysłuży się ani mi ani dziecku. Bycie z nią tyle czasu też wykończy mnie psychicznie, zwłaszcza, że ma manię sprzątania i przekładania wszystkiego w moim mieszkaniu i już nie raz się z nią o to kłóciłam - bo ona wie wszystko lepiej, lepiej wyczuwa potrzeby innych itd., a poza tym chce tylko pomóc. Męża już do tego nie mieszam, bo dla niego moje samopoczucie jest najważniejsze i już i tak muszę się pilnować, by nie kazał mojej rodzinie spadać na drzewo, widząc to, jak niszcząco wpływają na mnie kontakty z częścią z nich. Uhhh... Wygadałam się, a nie miałam komu, więc dzięki niebiosom za tę grupę i waszą tu obecność. Teraz mam tylko nadzieję, że młoda urodzi się jeszcze w czerwcu, przed powrotem mamy do kraju i że po tym, jak już tu przyjedzie, uda mi się wygonić ją stąd po 2-3 dniach (mamę, nie dziecko ) . I tak skończy się wyrzutami i robieniem ze mnie złej córki, która gardzi zatroskaną i pomocną matką, ale może, po tym krótkim kontakcie z wnuczką, nie urośnie to aż do takich rozmiarów, jak przez całkowite zabronienie jej przyjazdu czy walka na noże przez cały jej pobyt u nas Witam serdecznie wszystkich. Przychodzę tutaj na forum, ponieważ próbuję poradzić sobie z żalem i żałobą, jaka ogarnia mnie po rozstaniu z narzeczonym. Na wstępie wspomnę tylko, że mam 26 lat, a mój niedoszły mąż 28 (rocznikowo jest ode mnie rok starszy). Byliśmy ze sobą dość krótko, ale związek był bardzo intensywny. Poznaliśmy się w internecie, oboje byliśmy zdystansowani, chociaż ja chyba bardziej, bo strasznie unikałam przez długi czas relacji, zwłaszcza bliższej relacji z drugą osobą. Kiedy poznałam mojego byłego narzeczonego, przez chwilę obawiałam się jedynie, czy nie jest to kolejny napaleniec, który będzie czekał, aż mnie brzydko mówiąc "zaliczy" i po sprawie. Jednak już pierwszego dnia wymieniając się wiadomościami byłam pod ogromnym wrażeniem. Potrafiliśmy pisać na każdy temat, żadne z nas nie musiało szukać na siłę tematu, bo on pojawiał się sam, a wiadomości nasze były długie, nie lakoniczne. Każda ze stron była tym zachwycona, bo tego zawsze nam brakowało w relacja międzyludzkich. Bardzo długo myślałam, że traktuje mnie w kategorii koleżanka/dobra kumpela, nigdy w życiu kobieta do związku. Dlaczego? Kłania się tu moje niskie poczucie wartości i ogromne kompleksy. Część z nich już wyleczyłam, ale większość została i dalej mnie męczy, a dodam, że nie tyczą się jedynie wyglądu, ale również charakteru. Dlatego też przez cały czas nie dopuszczałam sobie myśli, że tak przystojny i zaradny facet mógłby być zainteresowany moją osobą i to tak na poważnie. Kiedy się spotkaliśmy byliśmy sobą jeszcze bardziej oczarowani. Okazało się, że mamy wiele wspólnego, między innymi podobną przeszłość, jeśli chodzi o związki i relacje, podobne zasady i wymagania w związku. Wydawałoby się niemożliwe. Podczas pierwszej randki przegadaliśmy kilka dobrych godzin, tematy nie kończyły się, więc nie było momentu rozczarowania się, że pisząc jest wszystko super, ale podczas spotkania zapada niezręczna cisza i nie wiadomo co dalej. Bardzo onieśmielił mnie, kiedy zdecydował się już wtedy mnie pocałować, a ja, nie wiedzieć czemu, nie broniłam się przed tym. Później chodziłam cała w skowronkach, że taki mężczyzna zainteresował się mną, pocałował, ba... Nawet kontynuuje znajomość, bo odezwał się i pisał dalej, gdzie wcześniej często po jednym spotkaniu, albo po kilku nawet, facet nie odzywał się do mnie i bez jakiejkolwiek wiadomości urywał kontakt. Tutaj byłam pozytywnie zaskoczona i nie mogłam w to uwierzyć, że on jest mną zainteresowany i nie w kategorii "kumpela". Bardzo szybko zdecydowaliśmy się być ze sobą, pisaliśmy całymi dniami, dzwoniliśmy do siebie wieczorami, gdzie po 2-3 godziny potrafiliśmy rozmawiać i żadne z nas nie chciało się rozłączyć. Spotykaliśmy się raz w tygodniu, najczęściej była to sobota, głównie przez pracę i brak czasu w tygodniu. Jesteśmy osobami wierzącymi, bardzo chcieliśmy żyć zgodnie z Bogiem, cały czas zapraszaliśmy go do naszego życia. Mimo iż każde z nas swój "pierwszy raz" miało za sobą, tak wspólnie uznaliśmy, że z "naszym" seksem chcemy zaczekać i jeśli damy radę, to wytrzymać bez tego do ślubu. Bywało trudno i ciężko, bo chemia między nami była niesamowita, ale dawaliśmy radę. Nie współżyliśmy ze sobą. Tak naprawdę patrząc na ten okres związku nie mam nic do zarzucenia, facet był wspaniały, cudowny, czułam się, jakbym mogła góry przenosić... Nie widział poza mną świata, potrafił przyjechać w środku tygodnia, w śnieżycę, z różą, tylko dlatego, że ja cierpiałam po wyrwaniu zęba. Nie mogłam dalej w to uwierzyć, że spotkałam taką osobę i codziennie dziękowałam Bogu, że to idzie w tak dobrym kierunku, że tak pięknie się rozwija. Żadne z nas nie naciskało i nie nalegało na jakieś deklaracje czy wyznania miłości. Cieszyliśmy się sobą, każdą wspólną chwilą i tym, jak potrafimy się dogadać. Nawet jeśli pojawiły się jakieś sprzeczki czy zgrzyty, wiedzieliśmy, że tylko rozmowa może nam pomóc. Więc rozmawialiśmy, mówiliśmy sobie otwarcie co nam przeszkadza, co nas boli, rani, irytuje, a po wszystkim szliśmy wspólnie za rękę do spowiedzi, która nas tylko dodatkowo zbliżała. Cała historia naszego związku zaczęła się w styczniu, natomiast w kwietniu padły pierwsze poważne słowa... Pamiętam jakby to było dziś, akurat też był to poniedziałek, przez cały dzień mój niedoszły mąż chodził smutny i pisał mi wiadomości pełne emocji. Wieczorem natomiast zabrał mnie, bym pomogła mu w pracy, po czym korzystając z ciepłego wieczoru wybraliśmy się na spacer, na którym powiedział, że mnie kocha. Na samą myśl w tej chwili serce bije mi jak oszalałe, dokładnie tak jak wtedy. Sama tak szybko nie wyznałam swoich uczuć, co później zostało mi to wypomniane, ale do tego jeszcze wrócę. Widział dobrze moją radość, szczęście, mimo iż zaszkliły mi się łzy. Myślałam, że ja śnię, że to nie dzieje się naprawdę... W międzyczasie pod koniec lutego zaczęliśmy planować wspólną majówkę. Ot po prostu, aby odpocząć, zwłaszcza, że żadne z nas nigdy nie miało prawdziwej majówki, więc bardzo cieszyliśmy się na ten pierwszy wspólny wyjazd. Ja jeszcze nie wiedziałam co się święci, jednak tego dnia, kiedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe, mój niedoszły mąż zaczął planować coś jeszcze, a dokładniej... zaręczyny! (wiem, bo pytałam kiedy wpadł na taki pomysł). Chociaż zdradzał się kilka razy i przeszło mi przez myśl, że coś on knuje i planuje, kiedy np koniecznie chciał zobaczyć moją biżuterię, w której nie znalazł żadnego pierścionka, bo jedyny jaki miałam to nosiłam na palcu. Poprosił więc bym dała mu go, by sprawdził czy wejdzie mu na mały palec. Nie zgodziłam się, a następnego dnia i tak musiałam podać rozmiar, ponieważ chodził obrażony i bardzo smutny. Kilka osób sugerowało mi, że on może mi się oświadczyć, zwłaszcza, że zanim wyznał mi miłość, powiedział o tajemnicy, którą zdradzi mi na majówkę, ale kiedy wyznał mi miłość, uprzedzając pytaniem, czy pamiętam o tej tajemnicy, tłumaczyłam sobie "już nic więcej nie zaplanował" i tu się myliłam... Kilka dni przed wyjazdem dostawałam już dziwne wiadomości typu "ta majówka jeszcze bardziej nas zbliży, wszystko zmieni" i tego typu, ale dalej nie dopuszczałam do siebie myśli, że jednak on to zrobi. A jednak. Majówkę spędziliśmy w Kazimierzu Dolnym, wyjechaliśmy w piątek 30 kwietnia, a wracać mieliśmy w poniedziałek. Tego samego dnia mój niedoszły mąż zaplanował, że chce byśmy się zapoznali z rodzicami, bo jeszcze się nie znaliśmy. Oczywiście uzgodnił to wcześniej ze mną, ale tak jak już wspominałam, nie byłam świadoma tego co się wydarzy, więc zgodziłam się z przekonaniem, że przedstawimy się jako chłopak-dziewczyna, a nie narzeczeństwo. I tu zaczynają się schody... Ponieważ niedoszła teściowa jakby doznała szoku, nie mogła pogodzić się z tym, że o niczym nie wiedziała i nie została przygotowana na taką wiadomość. Owszem, wiedziała, że ma dziewczynę, spotyka się ze mną, nawet pytała czy coś planuje dalej (on to odebrał jako zachętę do zaręczyn, ale zabrakło rozmowy i bardzo możliwe, że źle odebrał) W każdym razie na początku relacje z moją niedoszłą teściową wydawały się być super. Mój były narzeczony wspominał mi, że marzy o tym, aby jego żona potrafiła usiąść i porozmawiać z jego mamą. Jego marzenie spełniło się już podczas pierwszego spotkania z rodzicami, chociaż nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Jednak siedząc z jego mamą potrafiłam z nią normalnie porozmawiać, usłyszałam również pytanie, na kiedy planujemy ślub, więc grzecznie odpowiedziałam "za rok, może dwa. nie rozmawialiśmy jeszcze dokładnie, zależy od pandemii w kraju i finansów" po czym niedoszła teściowa powiedziała "po co czekać tak długo? pobierzcie się jak najszybciej". Ktoś by pomyślał, że nie mam czego się czepiać, prawda? Facet idealny, teściowa zachęca do ślubu, no żyć nie umierać... Do czasu... Prawdziwe kwiatki zaczęły się pojawiać, kiedy rozpoczęliśmy planowanie i organizację ślubu i wesela. Wspomnę tylko, że zarówno rodzice byłego narzeczonego, jak i moja mama mieli w większości finansować nasze wesele, a za niektóre sprawy mieliśmy płacić sami w miarę możliwości. Tak więc ruszyliśmy za wybieraniem sali, zgodziłam się, aby niedoszła teściowa jeździła z nami i pomagała doradzić, zapytać o coś, co nam by wypadło z głowy (faktycznie tak było), jednak zwracała uwagę na aspekty, które jak się okazało, nie miały największego znaczenia, ale przyznała się do tego po fakcie. Jednak mnie gdzieś dotknęło to, że kiedy jeździliśmy we trójkę z mamą, to nie miałam prawa usiąść obok narzeczonego, tylko z tyłu. Mama zawsze była pierwsza. Do pewnego momentu mój były narzeczony dostrzegał i rozumiał o co mi chodzi, potrafił rozmawiać ze mną na ten temat, wielokrotnie sam się skarżył, że jego relacje z rodzicami nie są najlepsze, opowiadał jak wielokrotnie nie chciał spędzać z nimi świąt, albo jak wymagają od niego wiele, po czym mówią, że i tak nic nie robi. Ja go przy tym cały czas wspierałam, dodawałam otuchy, kiedy trzeba było, to milczałam i po prostu byłam, przytulałam. Niestety, przyszedł moment kulminacyjny, czyli kłótnia syna z matką. Tutaj wspomnę tylko, że niedoszły mąż prowadzi razem z rodzicami biznes, jakim jest warzywniak. Tak więc kłótnia wybuchła w sklepie, z powodu... źle umytych okien i brudnych parapetów! Mama zapytała mnie, czy ja widziałam jak on mył te okna, a ja, nieświadoma tego, że to była prowokacja i sprawdzian, powiedziałam "nie wiem, bo zajęłam się towarem szczerze mówiąc". Jak się okazało później, teściową to uraziło, bo odebrała, że ja się nie interesuję sklepem i ich sprawami. Kłótnia ciągnęła się przez kilka dni, aż mój niedoszły mąż powiedział najpierw, że mam szukać dla nas mieszkania, a potem, że nie robi wesela, chce tylko wziąć ślub ze mną, świadkowie i tyle. Kiedy emocje trochę opadły zachęcałam go do rozmowy z rodzicami, aby przeprosić i wyjaśnić wszystko, bo nie ma co żyć w tak nerwowej atmosferze. Początkowo był bunt z jego strony, że jego mama taka jest i ona dalej będzie obrażona. Tak jakby kreował z niej wielką panią i królową, ale co do czego, to nie mijało się to z prawdą, bo sama teściowa uważała się za najlepszą we wszystkim. Docelowo umówiliśmy się na takie spotkanie z jego rodzicami, gdzie mieliśmy we dwójkę razem rozmawiać, a wyszło na to, że to ja zaczęłam, ja mówiłam, usłyszałam, że robię z siebie ofiarę (ponieważ powiedziałam, że zabolało mnie, jak nie znając mnie ocenili, że nie jestem osobą pracowitą i zaradną). Jakby tego było mało, niedoszła teściowa powiedziała, że jej syn szuka żony DOKŁADNIE takiej jak ona, jeśli nie będę ubierać się jak ona, mówić jak ona, sprzątać jak ona, gotować jak ona - to on zwyczajnie mnie rzuci. I o ile to mnie tak nie ruszyło, tak dotknęło mnie to, że jej syn nic się nie odezwał, nie stanął w mojej obronie, po prostu milczał i tą ciszą przyznał mamie rację. Później kiedy pytałam, dlaczego nic się nie odezwał, usłyszałam "nie będę Cię bronić, bo nie jesteś jeszcze moją żoną". Dotknęło mnie to tym bardziej, że kiedy od jego mamy słyszałam niezbyt miłe słowa na jego temat, to nie zastanawiałam się, czy jest moim chłopakiem, narzeczonym czy mężem - kocham go, więc serce podpowiadało mi, że nikt nie ma prawa złego słowa na niego powiedzieć, więc broniłam. W kwestii organizacji ślubu i wesela jego mama chciała o wszystkim decydować, krytykowała nasz pomysł z winietkami, czy też z personalizowanym pudełkiem na koperty, pokazując mniejsze. Kiedy skomentowałam, że do takiego koperty się nie zmieszczą, usłyszałam "zawsze można zgiąć w pół". Ręce mi w tym momencie opadły. Oczywiście kiedy przyszły zaproszenia również musiała skomentować, dlaczego wybraliśmy takie a nie inne. Brak akceptacji naszych decyzji. Jednak najlepsze jeszcze przed nami... Podczas tej nieszczęsnej rozmowy z rodzicami, teściowa sama zaproponowała czy może nie weźmiemy urlopu i nie pojedziemy gdzieś odpocząć. Niekoniecznie za granicę, po prostu gdziekolwiek. Sami tydzień później wyjeżdżali do Chorwacji, więc niby logiczne, że proponowała i nam urlop, mimo to byłam zaskoczona. Nie cieszyłam się zbyt długo, bo bardzo szybko powiedziałam do byłego narzeczonego, że pewnie i tak mama nie pozwoli nam jechać na wakacje. I jakże się nie myliłam! 5 lipca pojawił się pierwszy największy kryzys w naszym związku, kiedy to zdjęłam pierścionek i nie nosiłam przez jakiś czas. Tego dnia rodzice wracali z wakacji, a my mieliśmy ustalone już wcześniej plany. Wszystko szło po naszej myśli, aż nagle zadzwonił telefon z prośbą od mamusi, aby synek już wracał, bo ona jedzie do domu i niech przygotuje jej kawkę i mleczko do kawki... Co zrobił synek? Słowem nie wspomniał, że załatwia ze mną sprawy, tylko odwiózł mnie do domu i poleciał do mamy. Ja nie wytrzymałam, wybuchłam, on również, skończyło się na tym, że przywiózł obrączki, zabrał ode mnie swoje rzeczy i pojechał. Cisza. Dopiero we wtorek się odezwał, że przyjedzie porozmawiać i wyjaśnić. Zabrał z powrotem obrączki, powiedział, że nie ma już pieniędzy ani na nasz urlop, ani na wesele (chociaż niedoszła teściowa chwaliła się mojej mamie, że jest bardzo bogata). Rzucił hasłem, że trzeba przełożyć wesele ze względów finansowych, na co powiedziałam, że wesele w porządku, ślubu nie pozwolę przełożyć. Zakończyliśmy temat, uznaliśmy że wrócimy do tego, jak emocje opadną. Daliśmy sobie czas, jednak długo nie trwał, bo w czwartek przyjechał niespodziewanie do mnie, czym bardzo mnie zaskoczył i wiele udowodnił. Mimo to chłodno oznajmiłam, że bardzo mnie skrzywdził tym, że postawił swoją mamę ponad wszystko i na pierwszym miejscu, a mnie zwyczajnie olał, że doceniam jednak takie gesty i teraz będą liczyć się tylko czyny. Nie rozmawialiśmy tego dnia na poważne tematy, chociaż pytałam co dalej, ale czekałam cierpliwie, aż sam poruszy temat. W sobotę spotkaliśmy się, by ustalić jakiś plan działania i pracy nad sobą, oraz naszym związkiem. Jednak nie poruszyliśmy tematu ślubu. W niedzielę doszło do awantury między nim, a rodzicami, a dokładniej... Mieliśmy w planach pojechać poza miasto na festyn, aby trochę się rozerwać. Mój niedoszły mąż przyszedł do rodziców z pytaniem, czy może wziąć samochód osobowy (mają dwa busy firmowe, a osobówka jest rodziców, więc generalnie o nią zawsze pyta, o busa nie musi). Cisza. Po chwili ponownie zapytał, informując gdzie jedzie. Rodzice zapytali z kim on jedzie, odpowiedział, pojawił się jakiś dziwny bunt, ale generalnie brak odpowiedzi. Więc długo nie czekając wziął busa i przyjechał. Zanim dojechał to miał już 5 nieodebranych połączeń, kiedy oddzwonił, usłyszał pretensje "gdzie Ty pojechałeś?! Wracaj! Niczego nie ustaliłeś!" i generalnie próbowali ściągnąć syna do domu pod pretekstem uśpienia psa. Ja rozumiem gdyby mama była w domu sama, ale miała przy sobie męża i 200 metrów od domu zięcia, który mógł pomóc. Były narzeczony wyjątkowo postawił się rodzicom, zadzwonił, nie przyjechał, tylko został ze mną, a sam zdesperowany zaczął szukać mieszkania. Niestety, poszukiwania trwały trzy dni, bo czwartego już się poddał i zaczął informować, że trzeba przełożyć ślub, bo on tak zadecydował i koniec. Przyznam, że we mnie się zagotowało, tym bardziej, że nie próbował już rozmawiać, tylko chciał abym zaakceptowała jego decyzję, którą podjął sam lub z mamą, a powinien podjąć ją wspólnie ze mną. Atmosfera tak była napięta i wzajemnie się nakręcaliśmy, że w sobotę wysłał smsa do MOJEJ MAMY, w którym wypomniał, że ze mną nikt nie wytrzyma, bo mam okropny charakter i że nasz związek jest zakończony. Tak, w ten sposób zerwał ze mną zaręczyny. Na tą chwilę jedyny kontakt jaki z nim mam to mailowy, głównie przez sprawy firmowe, ale korzystając z okazji zapytałam jak on się z tym czuje. W sobotę wieczorem napisał, że męczy go sumienie i nie potrafi go wyciszyć, zaś wczoraj dostałam wiadomość "nie chcę Ciebie widzieć i słyszeć, nie chciałem na Ciebie patrzeć, dlatego tak to zakończyłem" I teraz pytanie, czy on mnie w ogóle nie kochał? Bo jak sobie wytłumaczyć, że zakochany mężczyzna, nawet pod wpływem emocji pisze takie słowa do kobiety, którą prosił o rękę.. Jeśli nie kochał, to po co wręczał pierścionek? Z góry przepraszam za tak długą wypowiedź i gratuluję wytrwałym, którzy przeczytają do końca. Dziękuję również za odpowiedź, pomoc, udzielone rady.